17 lut 2012

PROJEKT SZCZĘŚCIE - recenzja

 
(...) Pewnego kwietniowego poranka, który niczym nie różnił się od innych, doznałam olśnienia. Otóż doszłam do wniosku, że mam duże szanse na to, aby zmarnować dane mi życie. (...) Po pierwsze nie jestem tak szczęśliwa, jak mogłabym być. Po drugie, moje życie samo się nie zmieni, to ja muszę je zmienić (...) postanowiłam przeznaczyć cały rok na to, aby stać się szczęśliwsza (...)



Taką decyzję podjęła pewnego dnia autorka książki pt. „Projekt Szczęście” - Gretchen Rubin. O swojej walce z własnymi słabościami i z przeciwnościami losu opowiada lekkim, pełnym humoru stylem, miejscami zabarwionym autoironią. Być może dlatego przeczytałam tę pozycję dość szybko, choć zakwalifikowano ją jako poradnik, a ja z zasady nie czytuję poradników (chyba że kulinarne). Dałam się jednak ponieść mojej fascynacji pięknymi okładkami - a trzeba uczciwie przyznać, że szata graficzna i staranność wydania przyciąga nie tylko wzrok, ponieważ okładka jest cudownie aksamitna w dotyku - i zaczęłam przeglądać kolejne strony. Zaciekawił mnie właśnie sposób opowiadania: książka podzielona jest  na dwanaście rozdziałów, z których każdy opisuje jeden miesiąc z Projektu Szczęście -  pomysłu autorki, aby małymi krokami poprawić życie swoje i swojej rodziny. Nie chodzi tu bowiem o wyzwalanie się z depresji czy tragicznych okoliczności życiowych - autorka już na wstępie podkreśla, że zamierza walczyć z własnymi drobnymi przywarami, które sprawiają, iż jej spokojne normalne życie traci blask, a ona sama czuje, że unieszczęśliwa siebie i swoich bliskich. I to właśnie pierwsza z zaskakujących refleksji - tysiące drobiazgów sprawia, że nie mamy nawet siły się uśmiechnąć, choć tak naprawdę nie powinniśmy narzekać na nasz los.
    Książka jest o tyle ciekawa, że nie została napisana przez psychologa, lecz przez zwykłą kobietę - prawnika z wykształcenia. Być może dlatego jej opowieść o własnych sukcesach i upadkach jest wiarygodna, zabawna, a miejscami nawet inspirująca.
     Oczywiście znajdziemy tam masę znanych twierdzeń i psychologicznych banałów w wydaniu amerykańskiego optymizmu życiowego, ale właśnie fakt, iż autorka przetestowała te „pomysły” na sobie, pozwala przymknąć oko na wyraźne różnice w społeczno - kulturowym podejściu do życia.
    Sięgnęłam po tę pozycję w pewien ponury dzień i muszę przyznać, że perypetie autorki-narratorki rozbawiły mnie. Choć miejscami zapachniało nudą oraz schematyzmem, to niektóre z jej przemyśleń wydały mi się naprawdę godne wcielenia w życie.
   Sądzę, że jest to dobry pomysł na prezent dla kogoś, kto akurat trochę pogubił się w szarej codzienności, ponieważ według Gretchen Rubin, wcale nie trzeba przeprowadzać się na drugi koniec świata do Toskanii czy Prowansji :), żeby zmienić coś na lepsze w swoim życiu; wystarczy być tu i teraz - szczęśliwszym.

0 komentarze: