28 maj 2012

"Dworek..." w przedsprzedażach

       Przedsprzedaż to fonetycznie okropne słowo :), ale zupełnie przyzwoity wynalazek, między innymi w księgarniach. Otrzymałam dziś informację, że w wielu księgarniach "Dworek pod Lipami" jest już dostępny w tzw. przedsprzedaży, na dodatek w promocyjnych cenach. Jeśli zechcecie, drogie Czytelniczki, skorzystać z tego dobrodziejstwa, sprawdzajacie proszę różne możliwości, bo ceny, choć nieznacznie, ale jednak się różnią. Przykładowo:
    Ja czekam razem z Wami, drogie Zaścianeczki, żeby wziąć do ręki wydrukowany egzemplarz i już nie mogę się doczekać. Mam też potworną (to odpowiednie słowo) tremę, czy się Wam spodoba moja nowa książka. Odliczanie trwa...:)

15 maj 2012

Prawdziwa przyjaźń jest za darmo

Przeglądając dziś wiadomości w Internecie, trafiłam na raport specjalny Interii :


I pomyślałam, że to nie tylko bardzo potrzebna akcja (wciąż za mało mówi się o takich sprawach), ale także wspaniały przykład tego, jak znani ludzie potrafią w pozytywny sposób wykorzystać swoją sławę.
fot. Maciej Woźniak
/INTERIA.PL
   Właściwie nam - ludziom powinno być wstyd, że wciąż jeszcze sporą część społeczeństwa (nie tylko w Polsce) trzeba w tej kwestii edukować - zwierzęta to też Boże stworzenia, czujące i wrażliwe, a na dodatek w wielu przypadkach całkowicie zdane na naszą łaskę.
  Moja prywatna opinia w tej sprawie idzie o krok dalej: uważam, że człowiek, który jest zdolny do takiej agresji wobec zwierząt, jest także w stanie skrzywdzić dziecko, dlatego należy karać takie przestępstwa z całą surowością, a nie wzruszać ramionami nad małą szkodliwością czynu. Jeżeli toleruje się przemoc (nawet w najmniejszym stopniu), nie można się później dziwić eskalacji tego zjawiska. A przecież lepiej jest zapobiegać takim zdarzeniom niż potem wyciągać z traumy pokaleczone psychicznie i fizycznie dzieci czy zwierzaki.  Miarą człowieczeństwa jest stosunek do istot słabszych.    
       Jak już wiecie, moja nowa bohaterka - Gabriela (Dworek pod Lipami) jest pisarką i ona także poruszała ten problem w swoich "utworach" :).
  Zatem, jeśli nie mamy możliwości wzięcia czynnego udziału w podobnych akcjach, to chociaż mówmy i piszmy o tym, piętnujmy takie zachowania i popierajmy tych, którzy walczą o dobro świata, zwierząt i naszych dzieci.
   Ja i Gabriela popieramy tę akcję edukacyjną z całego serca! :)


9 maj 2012

"Dworek pod Lipami" na lato

Co powiedziecie na 13 czerwca:)? Dla mnie to szczęśliwa data - wtedy możecie szukać mojej powieści w księgarniach. Zapraszam.

http://www.nk.com.pl/dworek-pod-lipami/1487/ksiazka.html

6 maj 2012

Recenzja "Dłoni" M.Dąbrowskiego



Kompleks... kalectwa

   Nieswojo się czuję, kiedy po przeczytaniu książki stwierdzam, że mnie nie zainteresowała, a tymczasem ktoś pyta o moje wrażenia. Jako czytelniczka kieruję się jednak genialną łacińską zasadą: De gustibus non est disputandum, dlatego lubię samodzielnie wyrabiać sobie opinię na temat danej książki czy filmu i mam nadzieję, że inni czytelnicy też  stosują ten system :)    
   W przypadku powieści pana Michała Dąbrowskiego pt. "Dłoń" czuję podwójny ciężar odpowiedzialności, ponieważ opisuje ona życiowe perypetie osoby skrzywdzonej przez los - mężczyzny, który urodził się bez prawej dłoni.
Ten typ książek, często opartych na przeżyciach autora, już na wstępie podświadomie ustawia czytelnika na przegranej pozycji - jeśli ci się nie spodoba, możesz zostać uznany za niewrażliwego człowieka. Pół biedy, jeśli książka jest kiepska literacko; wtedy zawsze można zrzucić winę na technikę pisarską. Co jednak mamy zrobić, jeśli to treść, a nie forma nas zniechęca?
   Postanowiłam tym razem być szczera aż do bólu - powieść pana Dąbrowskiego po prostu mnie zirytowała, choć przyznaję, że jest napisana całkiem sprawnie.
Podeszłam do niej z wielką ciekawością, zachęcona inną książką z serii ZBLIŻENIA (Nasza Księgarnia) - "Zapiski niewidomego taty", która naprawdę mnie wciągnęła, mimo technicznych braków. W tym zaciekawieniu przetrwałam około 50 stron, każda następna była już... obowiązkiem, a nie przyjemnością.
Czułam się w obowiązku przeczytać ją do końca, bo gdzieś w głębi duszy tkwiło jeszcze ziarenko nadziei, że może coś się zmieni lub choćby pointa będzie warta trudu czytania. Niestety, nic takiego się nie wydarzyło.
O czym zatem jest ta powieść?
   Bohaterem utworu jest, jak już pisałam, mężczyzna, który urodził się bez prawej dłoni. Opisuje on swoje dzieciństwo a potem młodość, naznaczone tym kalectwem. Niestety, moim zdaniem, ta opowieść nie wnosi nic oryginalnego. To, co spotyka go z powodu jego niepełnosprawności, jest tak typowe, że jako temat literacki wydaje się być całkowicie wyczerpane - problemy z samoakceptacją, wyśmiewanie przez dzieci, kłopoty w szkole i pracy, strach i wstyd z powodu inności, złość na los, który go spotkał.
Nawet reakcja rodziców w szpitalu na wieść o kalectwie nowonarodzonego syna jest taka... schematyczna. Aż chciało się krzyknąć: co z tego, że was syn nie ma dłoni, co to zmienia?! Jeśli odpowiednio podejdziecie do tej sytuacji, wasz syn wyrośnie na pewnego siebie, wspaniałego mężczyznę, któremu do głowy nie przyjdzie, żeby się nad sobą użalać!
Nie wiem dlaczego, ale w tym momencie stanęła mi przed oczami kontrastowa scena z filmu pt. Upiór w operze - matka, która z niesamowitą miłością tuli swoje okropnie oszpecone niemowlę i z miłością je całuje, jakby było najzwyklejszym dzieckiem na świecie.
  Czytając tę historię, odnosiłam wrażenie, że bohater tak naprawdę lituje się nad sobą, choć litość innych wzbudza w nim agresję. Właściwie to jego reakcja na swoją wadę wywoływała niesympatyczne zachowania wielu ludzi (choć nie wszystkich, bo niektórzy to po prostu twardogłowi złośliwcy).
  Według mnie dokładnie taką samą książkę mogłoby napisać tysiące innych zwyczajnie zakompleksionych ludzi - wszyscy ci, którzy w szkole i młodości cierpieli z powodu nadwagi, zbyt wysokiego lub niskiego wzrostu, krzywych zębów, rudych włosów czy zeza.
Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że wiele z tych wad tkwi po prostu w głowach ludzi, bo ostatecznie włosy można przefarbować a nadwagę zrzucić, a prawej ręki nie można odzyskać.
(Na marginesie - bohater przez pół książki zastanawia się czy skorzystać z nowoczesnej protezy dłoni, czy też zaakceptować siebie takim, jakim jes. Moim zdaniem ostatecznie nic z tych rozważań nie wynika).
Jednakże zachowanie i reakcje głównego bohatera są dokładnie takie, jak w wymienionych przeze mnie przypadkach.
I to właśnie ostatecznie wywołało moje rozczarowanie - powstało bowiem wiele wspaniałych książek, opisujących znacznie bardziej skrzywdzonych przez los bohaterów (osoby niewidome, poruszające się na wózkach, śmiertelnie chore lub sparaliżowane i przykute do łóżka na całe życie), którzy jednak ze swojego cierpienia nie robią pretekstu do bycia kaleką i nie obwiniają całego świata o to, że inaczej na nich patrzy. Wręcz przeciwnie - cieszą się życiem na swój sposób, a nawet zawstydzają zdrowych ludzi optymizmem i brakiem kompleksów.
   Kiedy porównam dwie książki - "Dłoń" i "Zapiski niewidomego taty" (opisującą prawdziwie życiowe trudności kochającego się małżeństwa, które przede wszystkim bardzo pragnie dziecka i walczy o to z całym optymizmem i siłą, na jaką ich stać), ta pierwsza pozycja, mimo że napisana znacznie lepiej, wypada blado i smutno.
       Autor dla urozmaicenia narracji zastosował, ciekawy w swym pomyśle, zabieg - wprowadził drugiego narratora, którym uczynił... nieistniejącą dłoń. 
I tu znowu klops - dla mnie ta koncepcja jest lekko przerażająca (jak rozmowa z odciętą dłonią leżącą na mówicy). Przyznam, że po przeczytaniu kilku tych wstawek, zaczęłam je omijać, tym bardziej, że nie wnosiły do akcji nic nowego.
  Książka zrobiła na mnie wrażenie dziennika terapeutycznego - jakby została napisana nie dla czytelnika, lecz dla piszącego i to jemu miała przynieść ulgę, poprzez wykrzyczenie całemu światu własnych krzywd.
   Choć bardzo bym chciała napisać coś ciepłego i pozytywnego o tym utworze, nie umiem tego zrobić. Oczywiście sam temat jest ważny i dobrze, że pojawiają się takie książki; mnie chodzi raczej o konstrukcję głównego bohatera i ostateczne przesłanie, jakie niesie (a raczej NIE niesie) ze sobą ta powieść.
Jedyny pożytek, jaki widzę z powstania tej książki, jest taki, że być może (BYĆ MOŻE) przeczyta ją jeden z tych twardogłowych, którzy lubią się gapić lub wywyższać w mniemaniu, iż normalność jest czymś lepszym niż Niezwykłość. Jeśli książka skłoni do refleksji i zmiany zachowania choć jedną taką osobę, to Autor odniesie prawdziwy sukces.
    Proszę jednak, abyście sami ocenili tę pozycję, bo wiem, że powieść ta spodobała się wielu czytelnikom.  Sporym plusem dla estetów jest okładka i dbałość wydawnicza, z jaką potraktowano ten tekst.
      Reasumując, muszę powiedzieć, że nie jest to książka, po którą sięgnę drugi raz. Jednak styl pisarski pana Dąbrowskiego jest na tyle ciekawy, że zamierzam przyjrzeć się kolejnym utworom, które wyjdą spod jego pióra. Mam nadzieję, że następnym razem tematyka bardziej mnie wciągnie.
FRAGM.

Dopiero potem się nauczyłem, że dzieci często są bezlitosne i okrutne. Pastwią się nad słabszymi i nie odczuwają wyrzutów sumienia. A jednak wtedy moi koledzy i koleżanki traktowali mnie normalnie. Jasne, słyszałem czasem od nich to najważniejsze pytanie, ale nie robiło ono na mnie większego wrażenia. Odpowiadałem mechanicznie, zupełnie jak mama: że tak już jest… Po prostu tak już jest… Lecz chwilę źniej reflektowałem się, jakby gasłem, zamierałem, a wtedy mój wewnętrzny głos drążył sprawę. Co to znaczy: „Tak już jest”? Dlaczego ja, a nie na przykład kolega z przedszkola?
Czemu ja, a nie ty?



5 maj 2012

Najlepsza książka na lato 2012

Właśnie otrzymałam ciekawą informację, którą szybciutko sprawdziłam i okazała się prawdziwa - Dworek pod Lipami startuje w plebiscycie na najlepszą książkę na lato 2012 roku :)


  Rozbawiło mnie to troszeczkę dlatego, że z ręką na sercu może zagłosować zaledwie kilkanaście osób, które czytały książkę w wersji roboczej - premiera przecież dopiero w czerwcu. Tym milej mi będzie, jeśli głosują na mnie Czytelniczki znające jedynie Zamówienie z Francji. To olbrzymi kredyt zaufania i mam nadzieję, że będziecie zadowolone, drogie Zaścianeczki, z mojej nowej powieści.
  Liczę też na to po cichu, że latem z przyjemnością zajrzycie do świata Gabrieli i Celiny. Zapraszam :)


29 kwi 2012

Majówka, słońce i książki

Drogie Zaścianeczki
        Nie wiem, jak wygląda pogoda u Was, ale w Małopolsce było dziś prawdziwe, gorące lato. Niedzielne leniuchowanie skłoniło mnie do przeczytania kolejnej powieści ze stosiku - Dłoń Michała Dąbrowskiego.    
  Przyznaję ze skruchą, że niewiele ostatnio czytam, bo kiedy piszę, nie mogę czytać innych autorów :) Odkryłam w sobie tę ułomność przy "Zamówieniu..." i wygląda na to, że już tak mi zostanie. Relaksuję się zatem przy książkach popularnonaukowych. Czemu? Mimo że dopiero za miesiąc poznacie dwie moje bohaterki - Gabrysię i Celinę (Dworek pod Lipami), ja już zaprzyjaźniam się z kolejną - z Martą. To z jej powodu czytam ostatnio o archeologii, dziennikarstwie (własne doświadczenia w tym względzie mam niezmiernie nikłe) i II wojnie światowej.
       Książka Dąbrowskiego wróciła już przeczytana na półkę; w najbliższych dniach podzielę się z Wami refleksją na jej temat.
   Na razie zachwycam się nadchodzącym majem - moim ulubionym miesiącem, pachnącym bzami i wypełnionym dźwiękiem dzwonów wzywających na majówkę...
Na dodatek moi Przyjaciele rozpoczynają nasz ulubiony zaściankowy sezon grillowo-wycieczkowy. Kilka dni prawdziwej wolności - długi weekend - tak paskudnie psuje stan polskiej gospodarki :):), a jednocześnie tak cudownie zbliża ludzi - spacery, spotkania, ploteczki, domowe ciasta, kawa i wspólny śmiech.
Parafrazując pewną reklamę - BEZCENNE


2 kwi 2012

"Zapiski niewidomego taty" R.Knightona - recenzja

Zapiski niewidomego taty

     W 2011 roku nakładem Naszej Księgarni, w serii Zbliżenie, ukazała się książka R.Knightona pt. Zapiski niewidomego taty .
   Przyznaję - temat miejscami zmusza do poważnych refleksji i nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna, choć napisana całkiem sprawnie, miejscami nawet z poczuciem humoru (oczywiście mogę się wypowiadać jedynie na podstawie polskiego tłumaczenia oryginału). Przeczytałam ją jednak z wielką przyjemnością.
  Narrator - poważnie niedowidzący przyszły tata z rozbrajającą szczerością opisuje swój niepokój związany z ojcostwem, swoje słabości i emocje. Być może dlatego ta pozycja jest tak wciągająca, mimo że sporo można zarzucić autorowi w kwestii kompozycji i rozplanowania fabuły.
  Oto jak opisuje książkę wydawca:

Wyobraźcie sobie, że musicie przewinąć noworodka z opaską na oczach. Albo że idziecie na spacer ruchliwą ulicą z niemowlęciem w nosidełku i nadzieją, że nie wpadniecie na słup. Wtedy zaczniecie postrzegać ojcostwo tak, jak widzi je Ryan Knighton. A ściślej mówiąc – jak go nie widzi.
W tej wzruszającej i zabawnej autobiografii niewidomego taty zostaje odkryta tajemnica magicznej więzi łączącej rodziców i dziecko, zanim jeszcze pojawią się słowa.

Ryan Knighton

Jest autorem wysoko ocenionej przez krytyków książki Cockeyed: A Memoir. Jego humorystyczne eseje publikowano w czasopismach "New York Times", "Esquire", "Globe and Mail" oraz "Salon". W wieku osiemnastu lat zdiagnozowano u niego retinopatię, chorobę niszczącą wzrok. Obecnie Ryan jest niewidomy, i to bardziej, niż chciałby przyznać. Wykłada literaturę angielską na Uniwersytecie Capilano i mieszka w Vancouver z żoną i córeczką.
 
Kilka niewielkich braków technicznych nie powinno jednak zniechęcać czytelników do zapoznania się z tą pozycją. Kiedy czyta się takie opowieści, człowiek zaczyna doceniać naprostsze przyjemności życia, np. to, że może bez problemu przejść z dzieckiem przez ulicę, w drodze na plac zabaw. To takie oczywiste, prawda? Okazuje się, że nie dla każdego.
 
 

4 mar 2012

Fragment "Dworku pod Lipami":)

Zgodnie z obietnicą, publikuję dziś pierwszy oficjalny fragment mojej nowej powieści - "Dworek pod Lipami". Mam nadzieję, że Was zainteresuje. Poznajcie jedną z moich bohaterek- Gabrielę, pisarkę:).
Aby nie ujawniać zbyt wcześnie wszystkich tajemnic, ten fragment został pozbawiony kilku krótkich, ale kluczowych zdań; mimo to liczę, że się Wam spodoba. Zapraszam :)





Anna J. Szepielak
Dworek pod Lipami
fragment


(…) Zanim cała rodzina usadowiła się w zapchanym bagażami aucie, przejęta wyjazdem Maryla obeszła z Gabrielą dom. Po raz kolejny tłumaczyła, gdzie jest karma dla zwierząt oraz worki do segregacji śmieci i dlaczego drzwi na taras trzeba dopychać kolanem; sprawdzała, czy zostawiła zapasowe klucze, i pokazywała zamrażarkę wypełnioną po brzegi gotowymi daniami.
– Nie będziesz musiała się o nic martwić; wystarczy, że podgrzejesz sobie obiad w mikrofali – wyjaśniała.
– Wiem, Marylko. Już mi to wczoraj mówiłaś – odparła łagodnie Gabriela.
– Bo jak cię znam, kiedy tylko zaczniesz pisać, nic nie ugotujesz i będziesz głodowała. Pamiętaj, żeby każdego ranka wyjąć coś na obiad. Tu są pierogi ruskie i z kapustą, tu bigos, to są naleśniki z serem, a to mięso na pieczeń, gdybyś miała ochotę sama coś upichcić. A to… Nawet nie wiem, co to jest. – Zajrzała do plastikowego pojemnika. – To chyba jakiś sos, ale lepiej go nie jedz, bo nie pamiętam, kiedy go tu włożyłam.
– Dobrze, Marylko.
– A tu są pyzy i wiejska kiełbasa na kolację; to jeszcze ze świąt zostało. I uszka z mięsem, tylko barszcz musiałabyś sobie ugotować. I błagam cię, nie spal garnka!
– Dobrze, Marylko! – Gabriela uśmiechnęła się ze zrozumieniem. – Przysięgam, że podczas gotowania nie będę nic pisać. Nie martw się – jeśli czegoś nie będę mogła znaleźć, po prostu zadzwonię. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku.
– Ja na pewno, ale z tobą to różnie bywa – odparła przyjaciółka. – Ty przebywasz najczęściej w tym miejscu, o którym właśnie piszesz.
– Oj, Marylko!
– Wiem, że panikuję, ale nie chcę, żebyś miała kłopoty. Aha, zapomniałabym na śmierć! Nie daj się wciągnąć w jakieś sąsiedzkie pogawędki. Prawie nikogo tu nie znasz, a niektórzy są dość ekscentryczni. Nic nikomu nie obiecuj i na nikogo się nie skarż. W razie czego, dzwoń do mnie. Jako były mieszczuch możesz nie zrozumieć delikatnej struktury sąsiedzkich powiązań.
– Czego?!
– No, nieważne. I broń Boże, nie zamawiaj żadnych obrazów!
– Co takiego?
– Gabi, nie mam czasu wyjaśniać. Po prostu mi zaufaj.
Na podwórku rozległ się dźwięk klaksonu, więc wyszły na zewnątrz. Grzesiek opuścił szybę w samochodzie i krytycznie spojrzał na żonę.
– Jeżeli zaraz nie wyjedziemy, nie dotrzemy tam nawet do jutra rana. A odnoszę wrażenie, że nocleg w drodze nie był przewidziany.
– Już, już! – Maryla odwróciła się jeszcze do Gabrysi. – Śmieciarze przyjeżdżają we wtorek; nie zapomnij wystawić worków. I jeszcze jedno.
– Tak?
– Nie jesteś bohaterką swojej powieści, czy cokolwiek tam teraz tworzysz. Pamiętaj, że masz męża. Nie darowałabym sobie, gdyby przeze mnie popsuły się wasze relacje.
– Przez ciebie?
– Gdybym nie poprosiła cię o przysługę, siedziałabyś teraz w domu i rozmawiała z Markiem, bo nie miałabyś innego wyjścia.
– Mylisz się. Gdyby nie twoja propozycja, spakowałabym się i pojechała, gdzie oczy poniosą, może do mojej siostry do Niemiec. I długo nic bym Markowi nie wyjaśniła.
– Będzie dobrze! – Maryla przytuliła ją, a potem, słysząc kłótnię dzieciaków w samochodzie, szybko wsiadła do środka.
Auto ruszyło i zniknęło za zakrętem. Wydawało tak dziwne odgłosy, że Gabriela nabrała złych przeczuć, choć z uśmiechem machała dzieciakom, które wystawiły głowy przez szyby i żegnały się tak głośno, że chyba cała okolica dowiedziała się o ich wyjeździe.
– I pojechali – stwierdziła.
Lizak stojący przy jej nodze spojrzał na nią i zaskomlił.
– Nie martw się. Niedługo wrócą, ale do tego czasu musimy zawrzeć umowę. – Pogładziła psa po głowie. – Żadnego rzucania się z jęzorem! Ani na mnie, ani na ludzi za siatką. Nie mam ochoty wykłócać się z sąsiadami.
Pies przyglądał się jej smutno, więc przykucnęła i wtuliła się w jego futro.
– Za to pozwalam ci obszczekiwać ich do woli – szepnęła mu do ucha. – W końcu ktoś musi mnie bronić.
Zwierzak zaszczekał i położył się pod bramą, a Gabriela wróciła do domu. Zrobiła sobie kawę, zapisała na kartce: „Kupić mleko”, ponieważ w lodówce znalazła tylko pusty karton, i sięgnęła po telefon. Przez chwilę wahała się, czy skorzystać z pomysłu Marylki, po czym mruknęła:
– Raz kozie śmierć!
Wystukała numer do Anki.
– Tak, słucham? – usłyszała głos dawno niewidzianej znajomej.
– Ania? Tu Gabryśka Strzelecka. Poznałyśmy się w zeszłym roku na grillu u Marylki, pamiętasz?
– A, pamiętam, pisarka! – Anka się ucieszyła. – Byłaś wtedy z narzeczonym, takim szpakowatym przystojniachą.
– No tak. – Uśmiechnęła się delikatnie. – To właśnie ja.
– Coś się stało? Jakiś następny grill się szykuje?
– Nie, niestety Maryla wyjechała nad morze z dzieciakami i Grześkiem. Ale jak wrócą, może coś zorganizują, w końcu wiosna w pełni.
– To o co chodzi?
– Widzisz, mam niecodzienny problem. – Gabriela zmieszała się nieco.
– Wal prosto z mostu. Nic, co ludzkie, nie jest mi obce – oświadczyła radosnym tonem. – Jakieś choróbsko? Uprzedzam, że jestem pediatrą.
– Wiem. – Gabriela uśmiechnęła się mimo woli, ponieważ bezpośredniość Anki wzbudzała zaufanie. – Potrzebuję tylko potwierdzenia swoich wniosków; trafnie się domyślasz, że chodzi o chorobę. Tylko że to nie ja jestem chora, a moja bohaterka.
– Bohaterka? Nie rozumiem.
– Bo nie jesteś przyzwyczajona do takich wariactw. Piszę opowiadanie. Moja bohaterka ma pewne objawy, które budzą moje wątpliwości, a ponieważ lubię być dobrze przygotowana, potrzebuję konsultacji.
– Świetnie! Takiej diagnozy jeszcze nie stawiałam. Co jej jest?
– No cóż, wszystko wskazuje na to, że ma amnezję.
– Och, to zupełnie nie moja działka. – Zmartwiła się. – Powinnaś zwrócić się raczej do neurologa.
– Wiem, ale tak się składa, że chwilowo nie dysponuję neurologiem.
– Widzę, że mamy podobne poczucie humoru. Fajnie! To czego potrzebujesz? Objawów?
– Nie, objawy znam, tylko że ona ma trochę nietypowe. To mnie martwi.
– A konkretniej?
– Spadła z konia i uderzyła się w głowę. Kiedy odzyskała przytomność, miała wszystkie objawy wstrząśnienia mózgu; no wiesz: mdłości, zawroty głowy, trudności z utrzymaniem równowagi…
– Rozumiem. I co dalej?
– No właśnie, dalej napotykam problem. Ta kobieta ma też objawy amnezji, ale nietypowe, według mnie.

(…)

– Poczekaj, niech pomyślę… Uderzenie w głowę może spowodować niepamięć dotyczącą wydarzeń poprzedzających wypadek oraz sam moment zdarzenia – mruczała bardziej do siebie niż do Gabrieli. – Mówisz, że amnezja obejmowałaby aż miesiąc wstecz?
– Może nawet trochę więcej, bo to dotyczy dziewiętnastego wieku.(…)
– Dziewiętnasty wiek? – Anka znów się roześmiała. – Muszę ci powiedzieć, że to najbardziej fascynująca rozmowa, jaką kiedykolwiek zdarzyło mi się prowadzić. A pacjentek z dziewiętnastego wieku do tej pory nie miewałam.
– Miło mi, że cię zainteresowałam.(…)

– Teoretycznie tak. Nie spotkałam się, co prawda, z opisem, gdzie amnezja wsteczna sięga aż miesiąca czy dwóch, ale po pierwsze, to nie moja działka medycyny, a po drugie, ludzki mózg to tak skomplikowana maszyna, że nic nie jest wykluczone; choć bardziej wygląda mi to na amnezję spowodowaną jakąś traumą, no wiesz – wyparcie konkretnych zdarzeń, ale i tak miesiąc to sporo… Czy przed wypadkiem spotkało ją coś dramatycznego?
– Tego jeszcze nie wiem. – Gabriela uśmiechnęła się lekko. – Czyli jaki jest ostateczny wniosek?
– Powiem tak: skoro można wymazać z pamięci na przykład jedno konkretne wydarzenie z dzieciństwa, to i taki przypadek by mnie nie zdziwił; ale przypominam, że nie jestem specjalistą. Zresztą skoro to dotyczy literatury, to śmiało mogę powiedzieć, że taka sytuacja jest prawdopodobna. Niejeden amerykański film opiera się na podobnej koncepcji. Jak wy to mówicie? O, już wiem – licentia poetica! Możesz spokojnie pisać dalej.
– Masz rację, że to nie jest odkrywczy motyw, ale chyba przy nim zostanę. Uspokoiłaś mnie. Dziękuję.
– A kiedy już skończysz to dzieło, dasz przeczytać?
– Oczywiście. Tylko błagam, nie mów „dzieło”! Dzieła pisali filozofowie i nobliści.
– Okej, nie ma sprawy!
– A przy okazji – nie wiesz, jak to leczono w dziewiętnastym wieku?
– Oj, za dużo ode mnie wymagasz. Pojęcia nie mam, czy w ogóle coś z tym robili. W wielu takich przypadkach objawy pewnie ustępowały samoistnie. Nie wykluczam jednak „wyjazdu do wód” i odpoczynku. Przydałby się też ktoś taki jak Freud – znęcałby się nad biedną ofiarą, hipnotyzując ją czy coś w tym guście. Na szczęście epoka, w której wszystko, co popadnie, leczono upuszczaniem krwi, zdążyła się do tego czasu skończyć. Ale wiesz co?
– Tak?
– Niekiedy takie osoby prawdopodobnie zamykano w wariatkowie; więc niech ona będzie ostrożna – ta twoja bohaterka.
– Dobrze, uprzedzę ją. – Gabriela roześmiała się szczerze i swobodnie. – Aniu, bardzo ci dziękuję. Naprawdę mi pomogłaś. Jeśli znajdziesz chwilę, wpadnij na kawę, to sobie jeszcze porozmawiamy.
– Przecież nie wiem, gdzie mieszkasz.
– Do końca następnego tygodnia jestem u Marylki; pilnuję jej domu.
– Jak to?
– To dłuższa historia. Jak przyjedziesz, opowiem ci dokładnie.
– Okej, postaram się w takim razie. Miłego pisania!
– Dzięki. Do zobaczenia.
Gabriela odłożyła słuchawkę i zamyśliła się. Rozwiązała jeden problem, ale pozostawała jeszcze kwestia stylizacji językowej. Nie znała żadnego polonisty, który mógłby jej coś poradzić w tej sprawie, ale jednego była pewna – taka archaizacja, jaka pojawiła się w pierwszych fragmentach tekstu, była zbyt skomplikowana i zapewne nie trzymała się żadnych reguł.

„Pewnie podświadomość podsunęła mi styl z jakiejś powieści, ale coś mi mówi, że niezbyt dobrze go pamiętam! Na razie musi zostać tak, jak jest, bo nawet nie wiem, o jakie lata chodzi – rozmyślała, machinalnie gryząc końcówkę ołówka, który znalazła w koszyczku na kuchennym blacie. – Kurczątko! Jak tu ustalić, kiedy toczy się akcja? Nie mam ochoty bawić się w jakieś historyczne dywagacje ani sztucznie wyznaczać daty. Nigdy nie pisałam powieści historycznej… Wiem! Muszę się przyjrzeć strojom! Kiedy zobaczę coś, co mi się spodoba, to będzie odpowiedź. Moda to najlepsza wskazówka, bo co chwila się zmienia”.

Uśmiechnęła się triumfalnie, ale szybko uświadomiła sobie, że to kiepski pomysł. Nie znała się na dawnych strojach. Potrzebny był jakiś historyk albo porządna książka z ilustracjami.

„Ciekawe, czy w ogóle jest coś takiego?” – zastanawiała się. Zostawiła na stole obgryziony ołówek i poszła do gabinetu Grześka, gdzie w kącie na biurku stał komputer.

Włączyła internet i po chwili z uwagą śledziła wyniki wyszukiwania. Okazało się, że istnieją takie pozycje książkowe, które mogłyby jej pomóc, ale stwierdziła, że na pewno nie dostanie ich w gminnej bibliotece.

– Muszę pojechać do miasta – postanowiła. – W bibliotece na pewno uda mi się coś znaleźć. Problem w tym, że nie bardzo wiem, jak Celina była ubrana. Najpierw ta ubłocona suknia do jazdy konnej, potem peniuar czy nocna koszula – to zbyt uniwersalne – mruczała pod nosem, jak zwykle w takich sytuacjach. – Powinnam ją sobie wyobrazić w pełnym ubiorze, najlepiej wizytowym. – Wyłączyła komputer i zamknęła oczy.

Nie zdążyła jednak przywołać żadnego obrazu, bo Albert, który od dłuższej chwili czaił się w otwartych drzwiach, wskoczył nagle na sofę stojącą obok biurka i prychnął.

– Hej, co tu robisz? Wiesz, że nie wolno ci tutaj wchodzić! – Spojrzała na niego wojowniczo. – Nie strasz mnie, bo nie kupię ci nic do jedzenia! Za chwilę wychodzę, więc ty też idziesz na podwórko; razem z Lizakiem.
Kot furknął niezadowolony.
– No, chyba nie spodziewałeś się, że zostaniesz w domu z kanarkiem i rybkami? – Uśmiechnęła się złośliwie, wynosząc go do salonu i starannie zamykając za sobą drzwi do gabinetu Grześka, tak jak prosiła Maryla. – No już, wychodź! – Otworzyła drzwi balkonowe, poczekała, aż kot majestatycznie wymaszeruje na zewnątrz, i zgodnie z instrukcją Maryli dopchnęła je kolanem do futryny.
Drzwi zaskrzypiały, ale zamek zaskoczył. Przebierając się, przypomniała siebie jeszcze o czymś. Zeszła do kuchni, wzięła kartkę i do pozycji: „kupić mleko”, obgryzionym ołówkiem dopisała: „ryba dla kota” i „długopisy”, a po chwili zastanowienia na samym dole nabazgrała jeszcze: „myjnia”.
Starannie schowała kartkę do torebki, zabrała ze stołu komórkę oraz klucze i wyszła z domu, upewniając się trzy razy, czy wszystko dobrze zamknęła.(…)
cdn.:)

3 mar 2012

U mnie już wiosna :)

  Rano przywitało mnie dziś tak piękne słońce, że postanowiłam pożegnać zimę, siłą woli negując kalendarzowe ustalenia :). Zabrałam się zatem za małe wiosenne porządki na blogu - jak widać.
  Mam też dla moich Zaścianeczek niespodziankę związaną z moją nową powieścią - kiedy już wrócicie jutro z niedzielnych spotkań rodzinnych i towarzyskich, zajrzyjcie tu wieczorem. Mam nadzieję, że spodoba się Wam to, co znajdziecie. :)